Tuesday, November 24, 2020

Bóg czyni wszystko we właściwym czasie…

01 września, 2020

Świadectwo orędownictwa błogosławionych Męczenników z Pariacoto

Poczęcie dziecka to cud przed którym człowiek milknie, chyli czoło i klęka. Ciąża to błogosławieństwo, jedni są nim obdarowani szybko, inni czekają miesiącami, a czasem latami. Czas oczekiwania staje się z każdym miesiącem trudniejszy. Jednak chcemy powiedzieć tym wszystkim, którzy nadal czekają i tracą nadzieję, że warto walczyć, warto wierzyć!
Nasza historia zaczęła się w 2008 roku, kiedy to wzięliśmy ślub i rozpoczęliśmy starania o poczęcie dziecka. Wydawało się nam, że to nic trudnego i szybko zostaniemy rodzicami. Po kilku miesiącach zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego się nam to nie udaje. Wychodziliśmy z założenia, że dla Boga nie ma nic niemożliwego, nie jest ważny ludzki punkt widzenia, nie jest najważniejszy wkład lekarzy, w pierwszej kolejności powinniśmy w 100 % zawierzyć Bogu. Jest to bardzo trudne, zwłaszcza, gdy widzi się, jak inni łatwo zostają obdarowani potomstwem.

Pierwsza radość i smutek
Ukojenie znaleźliśmy w modlitwie i w założeniu i w założeniu, że jeśli Bóg zechce, to w odpowiednim czasie pojawi się w naszym małżeństwie dzieciątko. Byliśmy zgodni, że chcemy mieć rodzinę, chcieliśmy potomstwo. Przez ponad rok jednak nie otrzymaliśmy takiej łaski, dlatego postanowiliśmy się zwrócić o pomoc medyczną. Pod koniec 2009 roku pojechaliśmy na pierwszą wizytę do miasta niespełna kilkanaście kilometrów od naszego. Po wizycie okazało się, że nie ma przeciwwskazań, żeby się nie udało. Wróciliśmy zadowoleni, pełni nadziei i z taką informacją podjęliśmy dalsze starania. Kolejne miesiące nie przynosiły jednak pożądanego rezultatu., zdecydowaliśmy się na kolejną wizytę na której rozszerzono badania, pojawił się pierwszy problem pod który zostały ustawione leki. W przeciągu trzech miesięcy doszło do poczęcia. Zrobiliśmy test, który wykazał ciążę. Bardzo się ucieszyliśmy, myśleliśmy, że już mamy wszystko. Nasze szczęście jednak nie trwało zbyt długo. W 12 tygodniu ciąży doszło w nocy do krwawienia. Zaniepokojeni od razu pojechaliśmy do szpitala. Na miejscu zrobiono badania i stwierdzono martwą ciążę. Nie mogliśmy w to uwierzyć, do dziś ciężko o tym myśleć, w jednej chwili straciliśmy wszystko.
Gdy byliśmy na oddziale, mieliśmy do końca nadzieję, że może jeszcze serduszko naszego dziecka zacznie bić, niestety tak się nie stało i straciliśmy naszego aniołka. Po powrocie ze szpitala długo obwiniałam się, że to moja wina, że przez mnie tak się stało. Długo biłam się z myślami, szukając powodu. W końcu chciałam wrócić do pracy i jak najszybciej zapomnieć. Powrót do pracy w żaden sposób nie ukoił bólu i nie pozwolił zapomnieć nawet na chwilę. Z każdym dniem i miesiącem rozmyślałam, jak długo byłabym już w ciąży. Kiedy zbliżał się termin planowanego porodu, bolało jeszcze bardziej. Wiedziałam, które dzieci rodziły się w podobnym terminie, zawsze na nie patrzyłam i przeżywałam stratę.

Kolejny cios i kapitulacja
Po pewnym czasie zgodnie stwierdziliśmy, że chcemy mieć dziecko i będziemy walczyć. Po kilku miesiącach znów byliśmy szczęśliwi, gdy test ciążowy okazał się pozytywny. Wiedzieliśmy, że udało się nam za pierwszym razem, to uda się znowu, nie braliśmy jednak w ogóle pod uwagę, że to wszystko może skończyć się podobnie. Życie jednak napisało ponownie swój brutalny scenariusz, w 8 tygodniu ciąży doszło do poronienia, przebywając w szpitalu nie mogliśmy w to uwierzyć, zastanawiając się, czym sobie na to zasłużyliśmy, że drugi raz został w nas wymierzony taki cios, zabierając nam kolejnego aniołka. Bardzo to przeżywaliśmy, ale jakoś sami w sobie. Stwierdziliśmy, że już nie chcemy mieć dzieci, przestaliśmy jeździć po lekarzach i nie robiliśmy kompletnie nic w tym kierunku.
Po upływie krótkiego czasu zauważyłam zmianę u męża, jego oddanie Bogu, codzienne modlitwy coraz częstsze wizyty w kościele, zaangażowanie, jakiego nigdy nie widziałam przed naszymi przejściami. Zaczął kupować książki religijne, dużo czytać, oglądać wartościowe filmy/ filmiki religijne, kazania, później też zaczął odmawiać różaniec. Dziwiła mnie ta ogromna zmiana, ale zawsze powtarzałam, że nic bez przyczyny się nie dzieje. Pisząc teraz to świadectwo, wiemy już, że to pan Bóg zaczął wtedy swoje pierwsze działania w naszym życiu.

Czas budowania fundamentów
Po jakimś czasie stwierdziliśmy, że podejmiemy kolejną walkę o poczęcie upragnionego dziecka. Zaczęliśmy na nowo wizyty w gabinetach lekarskich, po roku i wielu różnego rodzaju badaniach, znalazła się w końcu przyczyna utraty dwóch pierwszych ciąż. Gdy już została zdiagnozowana przyczyna poronień, którą była słaba krzepliwość krwi, lekarz poinformował nas, że jest na to sposób, aby temu zarządzić, przyjmując codziennie lek w formie zastrzyku po zajściu w ciążę. Czuliśmy ogromną nadzieję i światło w tunelu, bardzo szybko chcieliśmy począć dziecko. Nie zawsze jednak wszystko idzie tak, jak tego chcemy. Trwało to dwa lata – dwa lata badań, przyjmowania leków, nerwówki, kłótni, rezygnacji, zwątpień, i stwierdzeń, że to niemożliwe. Właśnie teraz, gdy lekarz wie i ma sposób na zaradzenie utraty ciąży, nam się nie udaje.
Zawsze przed wizytą i po niej zajeżdżaliśmy do Bazyliki Matki Bożej w Gietrzwałdzie. Modliliśmy się o poczęcie, ale wciąż tkwiliśmy w jednym punkcie, pewnego dnia pomyślałam sobie, że chyba Boga nie ma, bo ile można cierpieć i to wszystko znosić. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, że wiele osób nie chodzi do Kościoła, a ma dzieci, że są osoby, które nie chcą mieć dzieci, a są nimi obdarowywani, nie potrafiłam tego zrozumieć. Był to dla nas bardzo długi i wyczerpujący okres, ale też okres pełen nauki pokory, cierpliwości i budowania fundamentów.
Od samego ukończenia szkoły pracowałam 12 lat w sklepie. Nie była to lekka praca zarówno od strony fizycznej, jak i psychicznej. Zaczęłam się zastanawiać i szukać w tym przyczyny problemów z zajściem w ciążę. Byłam wyczerpana, przyszedł dzień, w którym zdecydowaliśmy, że rzucę tę pracę i zmienię na inną. I tak też się stało, zaczęłam pracę w firmie, w której kompletnie nic mi się nie podobało, do tego nie mogłam zajść w ciążę, byłam załamana i początkowo żałowałam swojej decyzji. Bóg jednak realizował Swój plan dla nas…

Światło nadziei
Pewnego dnia w pracy zaczepiła mnie jedna dziewczyna, mówiąc prosto – „słuchaj, wiem, że nie możesz zajść w ciążę”. Zdziwiło mnie to mocno, wręcz zdenerwowało, ale słuchałam dalej. Zaczęła mi mówić o swojej siostrze i bardzo podobnym przypadku, prosiła, żeby odezwała się do jej siostry i przekazała mi jej numer. Zadzwoniłam i po rozmowie otrzymałam namiary na klinikę, która zajmuje się takimi przypadkami metodą naprotechnologii. Po powrocie do domu i rozmowie z mężem doszliśmy do wniosku, że próbujemy, zmieniamy obecnego lekarza i rozpoczynamy ostatnią walkę o poczęcie upragnionego dziecka. Zaraz następnego dnia umówiłam wizytę, na którą trzeba było czekać 3 miesiące. Z niecierpliwością czekaliśmy na dzień wyjazdu. To były bardzo długie trzy miesiące, pełne obaw, oczekiwań, aż w końcu nadszedł dzień upragnionego wyjazdu do kliniki, która znajduje się w Białymstoku. Po pierwszej wizycie i szeregu badań, które trwały kilka dni, doktor po otrzymaniu wyników oznajmił, że ma problem jak na dłoni, ale nie jest to najprostsze i potrzebujemy dać sobie czas. Powiedział, że nie obiecuje, że zajdę w ciążę, ale doprowadzi do porządku mój organizm i zrobi wszystko, abyśmy doczekali się poczęcia dzieciątka. Byliśmy spokojni i ucieszyliśmy się.
Rozpoczęła się nasza walka, odrzucenie wszystkich poprzednich leków, wprowadzenie diety, obserwacje cykli, całkowite odrzucenie alkoholu przez męża, nawet podczas okazjonalnych spotkań i uroczystości. Był to dla nas czas sprawdzenia, chcieliśmy trwać w tym razem i oboje mieć wyrzeczenia. Trwaliśmy w tym i stosowaliśmy się do wszystkich zaleceń. Mąż nie przestawał się modlić, a widząc to, zaczęłam mocno się zastanawiać nad siłą modlitwy, nad wszystkimi sytuacjami, które nas spotkały w ostatnim czasie, pomocnymi ludźmi, którzy stawali na naszej drodze i też zaczęłam się modlić. Wcześniej mąż, nie naciskając, podsuwał mi różne modlitwy, między innymi do św. Rity i św. Faustyny, i tak zaczęłam codzienną modlitwę, każdego ranka powtarzając – „Jezu ufam Tobie!”
Kontynuowaliśmy nasze starania, mijały kolejne miesiące, byliśmy spokojniejsi niż poprzednio, jednak odrobina niepokoju zawsze gdzieś się wkradała. Bardzo chcieliśmy zostać rodzicami, dodatkową presją było to, że wszyscy w rodzinie mieli dzieci, spotkania świąteczne coraz bardziej bolały.
Każdego roku na Święta Bożego Narodzenia robimy wszystkim dzieciom z rodziny prezenty. Podczas pakowania prezentów przed świętami w 2018 roku, zadawaliśmy sobie pytanie: „Czy kiedyś będzie nam dane spakować prezent pod choinkę dla własnego dziecka?”

Siódmego dnia miesiąca
Pod koniec stycznia 2019 roku przyjmowaliśmy kolędę na której gościliśmy Proboszcza naszej parafii. Zaczęliśmy rozmawiać o życiu, pracy i w końcu zeszliśmy na ten najważniejszy dla nas temat. Postanowiliśmy się otworzyć, rozmawialiśmy o naszych doświadczeniach, przeżyciach, problemach. Proboszcz zapytał, czy modlimy się przez wstawiennictwo świętych, na co żona odpowiedziała, że modli się codziennie do św. Rity. Proboszcz określił, że to bardzo mocne, ale zaproponował nam coś od siebie. Zaczął mówić o błogosławionych Michale i Zbigniewie, którzy zginęli śmiercią męczeńską w Peru, oddając życie za wiarę. Błogosławieni, którzy zajmują się właśnie takimi sprawami, pomogli już niejednej parze, a my mamy ich na wyciągnięcie ręki. 7 dnia każdego miesiąca u nas w kościele podczas Mszy Świętej odbywają się modlitwy o poczęcie dla małżeństw pragnących dzieci, na które Proboszcz nas gorąco zaprosił. Na koniec kolędy Proboszcz odmówił za nas modlitwę zaprosił po najbliższej niedzielnej Mszy Świętej do siebie, po odbiór przygotowanych dla nas materiałów. Byliśmy bardzo podbudowani i pełni spokoju po rozmowie z Proboszczem. Po niedzielnej Mszy Świętej skorzystaliśmy z zaproszenia. Otrzymaliśmy modlitwy i relikwie błogosławionych Michała i Zbigniewa z instrukcjami od Proboszcza, żebyśmy z wielką wiarą podchodzili do tych modlitw, kładli relikwie na brzuch i gorąco się modlili, a jest pewien, że kwestią czasu będzie pojawienie się upragnionego dziecka w naszym małżeństwie. Ujęła nas wielka wiara naszego Proboszcza, zobaczyliśmy i dostrzegliśmy nowy sposób modlitwy, relacji z Bogiem przez wstawiennictwo świętych w formie można powiedzieć dialogu. Bardzo to nas umocniło.

Radosna nowina
Modliliśmy się według zaleceń i uczęszczaliśmy na Msze Święte siódmego dnia każdego miesiąca. Niespełna trzy miesiące później żona miała drugą zmianę w pracy , zadzwoniła po mnie, że mam po nią przyjechać, bo ma grypę żołądkową. Odebrałem żonę z pracy i nalegałem, żeby zrobić test ciążowy. Na początku nie chciała słuchać, była pewna, że to grypa, ale w końcu zgodziła się. Stał się cud! Na teście widniały dwie grube w intensywnym kolorze kreski jak nigdy wcześniej. Byliśmy szczęśliwi, ale lekko zszokowani i pełni obaw po naszych przejściach i problemach z utrzymaniem ciąży. Zaraz drugiego dnia pojechaliśmy do kliniki, wizyta potwierdziła poczęcie, a kolejna pokazała już bijące serduszko. Nie zapomnimy słów naszego doktora, który starał się tego nie okazywać, ale zauważalne było jego lekkie zdziwienie, że to już się udało i powiedział: „Przez Waszą miejscowość po prostu musiał przechodzić jakiś święty”.
Ciąża przebiegała wzorowo, nigdy nie przestaliśmy się modlić, modliliśmy się przez cały okres ciąży i uczęszczaliśmy na Mszę siódmego dnia każdego miesiąca do błogosławionych Michała i Zbigniewa. Czuliśmy ich obecność i opiekę w naszym życiu. W końcu nadszedł ten upragniony moment rozwiązania i 26 stycznia 2020 roku przyszła na świat Paulinka. Nie przestaliśmy się modlić do naszych błogosławionych, nie przestaliśmy też uczęszczać na Mszę Świętą siódmego dnia każdego miesiąca, przynajmniej jedno z nas zawsze idzie. Teraz już wiemy, że Bóg i jego plany muszą być na pierwszym miejscu w życiu, a wszystko inne ma swoje właściwe miejsce. Bóg czyni wszystko we właściwym czasie, we właściwym czasie postawił na naszej drodze wiele wydarzeń, wielu ludzi i przedstawił nam błogosławionych Michała i Zbigniewa, przygotował nas do nowej roli – roli rodziców ufających Mu bezgranicznie i dzielących się swoją wiarą.

Podziel się
Świadectwo mieliśmy napisać zdecydowanie szybciej, odwlekliśmy to, dopuszczaliśmy do siebie myśl, czy damy sobie radę itp. (wiemy, komu mogło zależeć najbardziej na nie ukazaniu się tego świadectwa, zło nigdy nie śpi). Wtedy zaczął się splot wydarzeń, coraz częściej natrafialiśmy w naszym życiu na kolejne książki, modlitewniki, artykuły czy filmiki w Internecie z naszymi błogosławionymi. To nie mogło być dzieło przypadku. I tak postanowiliśmy się zabrać do pracy i napisać to świadectwo. Wszystko na chałwę Panu Bogu Wszechmogącemu.

Magdalena i Wojciech z Pomorza

Artykuł ukazał się także na portalu: franciszkanie.pl

 

Serdecznie zapraszamy do dzielenia się i przesyłania świadectw cudów i łask wymodlonych za wstawiennictwem błogosławionych Męczenników z Pariacoto – ojców Michała Tomaszka i Zbigniewa Strzałkowskiego.
Listy z opisem łask prosimy kierować pocztą tradycyjną lub mailem na adres:

Biuro Promocji Kultu Męczenników z Pariacoto
Prowincji św. Antoniego i bł. Jakuba Strzemię Zakonu Braci Mniejszych
Konwentualnych (Franciszkanów)
ul. Żółkiewskiego 14
31-539 Kraków
e-mail: meczennicy@franciszkanie.pl